środa, 28 września 2016

Trochę loftu, trochę wsi - to lubię!

witajcie :)


moja kuchnia też się już ustroiła w klimatach jesiennych. jest dużo naturalnego drewna, lnu i kropla pomarańczu. żadnych słodkich pasteli, jest przytulnie, trochę wiejsko, a trochę loftowo - tak jak lubię najbardziej... tak mi teraz dobrze... pewnie to potrwa gdzieś do listopada, kiedy to zaczną się zachciewajki świąteczne...


najważniejszą zmianą jest nowy blat na szafce. powstał ze starej  podłogowej cegły toruńskiej, której metr2 dostałam od firmy Paul Bunyan. na początku miałam zamiar położyć je na parapecie, ale docinanie mnie trochę zniechęciło i postanowiłam zrobić sobie nietypowy blat. a że na szafce kuchennej miałam obrzydliwą już sklejkę, nie było wahania.


sklejkę wyrzuciłam, a cegłę bezpośrednio na blacie przykleiłam za pomocą uniwersalnego silikonu. prościzna!


lekko jednak spuściłam z tonu, kiedy układałam te cegły - pyliły się, brudziły, wyglądało to bardzo nieciekawie... jednak okazało się, że wraz z płytkami dostałam małą buteleczkę specjalnego mleczka do cegieł. wystarczyło je wetrzeć, a cegły stały się wręcz szlachetne - pociemniały na piękny pomarańcz, stały się gładziutkie, lekko błyszczące, zero brudzenia, są odporne na plamy i zarysowania. osobiście zakochałam się w tym blacie, wygląda genialnie i mega oryginalnie ;)





oczywiście to był tylko początek zmian. zasłonki w szafkach przestały pasować, więc moja Szanowna uszyła mi nowe, z grubego lnu. od razu na ten sam materiał wymieniłam fronty w kredensie.





pojawiło się też kilka nowości, które wynalazłam, bądź dostałam w prezencie.
 na przykład moja wymarzona porcelanowa kura od Krzyśka:



Szanowna uszyła mi nowe firanki. baardzo pracochłonne - pozszywane razem kawałki bawełnianych, starych koronek, piękneeeee:





wczoraj na złomie wynalazłam taką stareńką, drewnianą skrzynkę po owocach:



wagę dostałam od ciotecznego szwagra ;)


oto zaś kącik gąskowy ;) wieszak otrzymałam w prezencie od Ani mojej Kochanej:



a w kącie kuchni stoi drabina od Regalii:





wbrew pozorom wcale nie zawalam kuchni nowymi przedmiotami. jest ciągła rotacja, jedne chowam, inne oddaję, jeszcze inne sprzedaję. ciągle dążę do kontrolowanej ilości rzeczy. i nie przywiązuję się do nich specjalnie. stąd ta łatwość, z jaką żegnam się  nadmiarem :)


dzięki, że tu zaglądacie i komentujecie, to dla mnie naprawdę ważne :*

poniedziałek, 26 września 2016

Jak weekend w górach zaowocował skandynawskim świecznikiem DIY...

jesienią spotykają mnie najpiękniejsze rzeczy, jesienią tworzą mi się najpiękniejsze wspomnienia, zawsze jesienią zaczynały się moje miłości (poproszę takową i w tym roku ;), więc jakoś jesień nigdy mnie źle nie nastraja, a wręcz przeciwnie...




miniony weekend spędziłam cudownie, w górach, w lesie, z wielką grupą przyjaciół. potrzebowałam takiego oderwania po ostatnich zawirowaniach zdrowotnych i stresach emocjonalnych... bez dzieci, z ograniczoną tym samym odpowiedzialnością, hehe ;)

spaliśmy w starym schronisku PTTK, gdzie ludzie byli wszędzie, spali wszędzie, gdzie się dało. fajny, jeszcze PRL-owski klimat, przypomniały mi się moje wczesne lata studenckie.


były śpiewy przy ognisku i kiełbasa na patyku, patrzenie w gwiazdy i rozmyślanie...

w schronisku chrapanie które nie dawało zasnąć, kolejka do toalety, suchy prowiant na śniadanie...


nie jestem piechurem górskim, niestety, kondycję mam straszecznie słabą, ale trochę się po okolicach pogramoliłam.




rano wybrałam się na długi samotny spacer, by naładować baterie i przemyśleć kilka spraw. dobrze mi to zrobiło... niebo niestety trochę zamglone, niezbyt dobre światło do robienia fotek krajobrazowych.


Śnieżka o rzut beretem:


miejsce, w którym byliśmy znajduje się na samej granicy z Czechami, więc nie obyło się od spenetrowania przygranicznych knajp i sklepów ;)






w lesie jagód zatrzęsienie, więc trochę się pobrudziliśmy.



a wszystko to mam 40km od domu, wyobraźcie sobie! w najbliższym czasie bankowo powtórzę tę wyprawę, tym razem już z dzieciakami.









ale wracając do tematu, zaraz po powrocie coś na szybko, ale efektownie pokombinowałam....

bo przecież nie wróciłam z pustymi rękami, oj nie! przywiozłam sobie bardzo ciekawą gałąź, wygładzoną górskim wiatrem i pięknie poskręcaną, z której zrobiłam skandynawski świecznik:



 gałąź odrobinę wybieliłam woskiem i przykręciłam uchwyty na świece. uchwyty są z miękkiego aluminium, więc bez problemu zrobicie dziurki. można poszaleć z rozmieszczeniem i ilością!

 możecie je dostać za grosze u  Creative Hobby:


proste, szybkie, a jakie klimatyczne :)


miłego tygodnia!